"Wybij to sobie z głowy!" - usłyszał mój śp. tato, kiedy
wróciliśmy oboje z badań terenowych na obszarze Bolimowskiego Parku Krajobrazowego,
gdzie w tamtych czasach, czyli w połowie lat 90, można było za psi grosz kupić
spory kawał ziemi z domem, sadem, a nawet kawałkiem lasu. Byłam już wtedy starą
babą, z dwójką dzieci, po rozwodzie, pracowałam dorywczo, czasem pomagając ojcu
w prowadzonych przez niego badaniach socjologicznych. Oboje mieliśmy serdecznie
dosyć życia w Warszawie. Moi rodzice byli w wieku emerytalnym, z tym że ojciec
był aktywny naukowo i dydaktycznie. Te zajęcia jednak wymagały obecności w
mieście najwyżej raz czy dwa w tygodniu. Ja mogłam sobie śmiało wyobrazić, że
swoje życie układam tak, by do jakiegokolwiek miasta dojeżdżam w miarę potrzeb,
mimo tego, że internet w Polsce dopiero raczkował, a i telefony komórkowe były
rzadkością. Mimo to byliśmy gotowi zwinąć manele i natychmiast osiedlić się w
tych pięknych, czystych jeszcze, leśno-polnych okolicach. Mama jednak myślała z
przerażeniem o urokach wiejskiego życia, wskazując rozpaczliwie na warunki
życia, dojazdu gdziekolwiek, zakupu żywności, ogrzewania domu, odległości od
lekarza (przecież ja jestem chora!), dziurawych rynien, cieknących dachów i
zapchanych kominów. W jej oczach świat wsi był groźny i nieobliczalny. W końcu
całe swoje życie przeżyła w Warszawie, wieś odwiedzając przelotnie podczas
wakacji, w charakterze turysty co najwyżej. To trochę dziwne, zważywszy, że
była lekarzem weterynarii. Tak się jednak złożyło, że poza krótkim okresem
pracy w okolicach Grójca, całe swoje zawodowe życie spędziła za biurkiem, w
inspektoratach, departamentach i innych instytucjach tego rodzaju, gdzie słowo "krowa"
pojawiało się jedynie jako rubryka w statystykach.
Mając na uwadze jej faktycznie pogarszający się stan zdrowia i zacięty
upór, musieliśmy się z ojcem pogodzić z jej wolą. Dla mnie był to na długo
koniec marzeń o wsi w ogóle, bo jak samotna matka z dwójką dzieci, nie robiąca
aktualnie kariery finansowej, nie posiadająca nawet własnego mieszkania mogłaby
marzyć o kupieniu jakiejkolwiek nieruchomości, choćby w cenie działki
pracowniczej? No, może nie do końca tak było. Był jeszcze stary dom moich dziadków,
w małym miasteczku w Łódzkiem i kawałek ogrodu przy domu, gdzie zawsze można było pojechać na wakacje, czy choćby wyskoczyć na weekend, podłubać w ziemi, połazić po lasach... Ten skrawek świata
przekształcał się jednak w prężne zaplecze wielkiej kopalni węgla brunatnego i
powiązanej z nią elektrowni. Na dawnych polach uprawnych wokół miasteczka
wyrastały dzielnice domków jednorodzinnych pracowników tych instytucji, ziemia
była zdegradowana z powodu opadania wód gruntowych, a powietrze... No cóż, od
dawna nie było najświeższe.
Mijały lata. Dzieci rosły, rodzice się starzeli, a ja, rozpaczliwie
miotając się między domem, kolejnymi posadami, rozmaitymi nieprzewidzianymi
okolicznościami, które raz po raz komplikowały i tak piekielnie skomplikowane
życie, trwałam w Warszawie. Moi synowie wprawdzie wyjeżdżali na wakacje, częściowo
dzięki rozmaitym skomplikowanym zabiegom w rodzaju zatrudniania się ich matki
jako pomocy w rozmaitych pensjonatach i gospodarstwach agroturystycznych, a
częściowo dzięki szczodrobliwości dziadków, ale wizja wiejskiego życia,
prowadzenia gospodarstwa, uprawiania ziół, posiadania sadu, hodowli pszczół,
czy choćby paru kur - powoli odpływała w coraz dalszą, bliżej nieokreśloną
przyszłość. I pewnie tak by to trwało dalej, gdybym pewnego pięknego dnia nie
spojrzała na to, co robię i jak żyję, z całkiem nowej perspektywy. Miałam dość.
Miałam dość zatrudniania się w coraz to innych firmach, na coraz bardziej
upokarzających warunkach. Miałam dość prowadzenia wymuszonej działalności
gospodarczej, z której dochód z najwyższym trudem wystarczał na pokrycie
kosztów tejże działalności i - ewentualnie - na przeżycie. Miałam dość miejsca,
w którym żyłam, gdzie w ciągu ostatnich lat zaniedbany park zamienił się w
plątaninę betonowych alejek, a dookoła niego przybyły trzy szerokopasmowe ulice
z funkcją dróg ekspresowych. Miałam wreszcie szczerze i serdecznie dosyć
miejsca, w którym pochowałam moich rodziców. Nie chciałam dłużej żyć, pracować
w tych samych koleinach, wpadać w te same kałuże i słuchać tych samych na
okrągło kłótni sąsiadów za ścianą. Od kilku lat coraz głębiej wsiąkałam w
równoległą rzeczywistość, w której rządzili ogrodnicy, zielarze, pszczelarze,
rolnicy, budowniczowie, cieśle. W miarę rozwoju internetu wiadomości w nim
przybywało, wystarczyło tylko umieć szukać. Zaczęłam od zdobycia zasadniczego
wykształcenia rolniczego, myśląc sobie, że niezależnie od tego, co się stanie,
przyda mi się zarówno ta wiedza, jak i potwierdzający ją dokument. Wróciłam do
młodzieńczej fascynacji światem ziół, drzew, roślin leczniczych. Sprawę
ułatwiał fakt, że podobnymi drogami podążały myśli mojego starszego syna.
Zbieraliśmy wiedzę, uczyliśmy się rzeczy zwykle niepotrzebnych mieszczuchowi,
jednak na wsi absolutnie niezbędnych do życia. Wreszcie zaczęliśmy szukać
miejsca. Ponieważ chodziło o miejsce, w którym da się uprawiać ziemię, a
jednocześnie blisko jest w ukochane Bieszczady i Beskid Niski - szukaliśmy na
całym podkarpackim pogórzu. Im dłużej oglądaliśmy wystawione na sprzedaż
nieruchomości, im więcej odwiedziliśmy gospodarstw wskazanych przez okolicznych
sołtysów, sąsiadów, znajomych, krewnych i znajomych królika - tym dokładniej
wiedzieliśmy czego chcemy i - czego zdecydowanie nie chcemy. A zamarzył nam się
nieomal kawałek raju. Kawałek ziemi, który w razie potrzeby, dobrze traktowany
i rozsądnie uprawiany, zgodnie z zasadami permakultury, wyżywi zdrowym jadłem
kilkuosobową rodzinę, jaką byliśmy. Konieczna wydawała się pewna odległość od
zwartej, wiejskiej zabudowy (bo pszczoły i potrzeba ciszy), bliskość lasu, własna woda ze studni
(najlepiej doprowadzona do domu pod własnym ciśnieniem)...Robiło się coraz
trudniej. W związku ze stopniem skomplikowania kwestii pozwoleń na budowę w grę
wchodziło w zasadzie całe gospodarstwo, a przynajmniej ziemia z czymś, co stało
w rejestrze budynków jako "budynek mieszkalny" i faktycznie na początek
nadawało się do przemieszkania nawet paru lat, zanim będziemy mogli pomyśleć o
pięknym, naturalnym, najlepiej gliniano-słomianym, albo drewnianym, zdrowym
domu. Dość dużym, żeby spokojnie mieszkało w nim stare pokolenie (ja z ciotką)
i młode (starszy syn ze swoją partnerką). Młodszy zapowiedział, że on nas
chętnie odwiedzi, na wakacje przyjedzie, ale że swoje dorosłe, zawodowe życie
widzi jednak raczej w mieście, wśród swoich przyjaciół, w świecie, w którym
czuje się dobrze i nie ma zamiaru go opuszczać. Przyjęliśmy tę decyzję ze
spokojem, obiecując sobie nawzajem, że mimo odległości będziemy się wspierać i
wyruszyliśmy w kolejną podróż, nagleni wizją zmian prawnych, które miały w
konsekwencji pozbawić marzeń nas i wielu innych, takich jak my, szaleńców.
Powoli traciliśmy nadzieję, kiedy w styczniu ubiegłego roku zadzwoniła
do mnie pani z małego, lokalnego biura nieruchomości z informacją, że
"chyba ma coś dla mnie". Żeby nie było tak, że jadę 350 km tylko po
to, by obejrzeć jedną nieruchomość, zebrałam pośpiesznie kilka internetowych ofert
z najbliższej okolicy. Nie były na pierwszy rzut oka zbyt interesujące, ale dobrze
było mieć coś w zanadrzu, coś, od czego można by chociaż zacząć rozmowę. Takich
wypraw mieliśmy za sobą już kilkanaście, doświadczenie mówiło, że jazda po to
tylko, żeby po pięciu minutach wiedzieć na pewno, że nie tego szukamy, nie ma
najmniejszego sensu. Jednak jechaliśmy oczywiście z nadzieją. Państwo
prowadzący tę maleńką agencję czekali na nas w biurze. Pojechaliśmy w dwa
samochody - oni jednym, ja z synem i z moim przyjacielem, który przemierzył z
nami tę trasę, bo postanowił nas wspierać, a w razie czego z głowy wybijać
głupoty - w drugim. Droga, boczna, choć asfaltowa, ale bez poboczy, wiła się
między wzgórzami. W pewnym momencie samochód przed nami zatrzymał się koło
jakiegoś gospodarstwa. Agenci opowiadali o nieruchomości, o domu, o ziemi,
która go otacza, a my patrzyliśmy po sobie zawiedzeni - to zdecydowanie nie
było to! Ani to na uboczu, ani pod lasem, ani ziemia zdatna do uprawy, bo
spadek na północny wschód rzędu 17 stopni sugerował co najwyżej pastwisko dla
chudej kozy... W końcu westchnęłam i powiedziałam - No cóż, przykro mi, ale
zupełnie o coś innego nam chodziło i sądziliśmy, że Państwo poznali nas już na
tyle, by wiedzieć, że to nie to.
- Tak myślałem, ale pomyślałem sobie, że mimo wszystko pokażę Państwu
tę nieruchomość, bo to w tej samej wsi, w której mieści się gospodarstwo, do
którego jedziemy - powiedział z uśmiechem agent. Odetchnęłam. Wsiedliśmy w
samochody i pojechaliśmy coraz bardziej krętą drogą dalej. Zaliczyliśmy
zdradliwą serpentynkę, która lekko zaniepokoiła mojego przyjaciela:
- No, nie wiem jak Ty sobie wyobrażasz życie tutaj bez terenówki.
- Nie wyobrażam sobie - przyznałam szczerze.
Z dość wąskiej drogi bez poboczy, za to z hałdami burego śniegu w
rowach, skręciliśmy na jeszcze węższy pasek asfaltu, na którym na oko mieścił
się na szerokość co najwyżej jeden samochód. Pojechaliśmy dalej jakieś pół
kilometra, wyjechaliśmy na szczyt pagórka, po czym samochód naszych
przewodników zajechał na żwirowany podjazd koło jakiegoś domu. Syn jęknął
boleśnie -
- Rany, czy oni nic nie rozumieją?
Wyglądało na to , że miał rację. Staliśmy obok betonowego klocka
przykrytego czerwonym, dwuspadowym, blaszanym dachem. Dom wyglądał na całkiem
nowy, dookoła ktoś całkiem niedawno posadził małe tuje. Szczyt marzeń
niejednego mieszczucha, ale nie o to nam chodziło! Brrr! W dodatku z całą
pewnością coś takiego przekraczało nasz budżet. Jednak wysiedliśmy z samochodu
i już mieliśmy coś powiedzieć, kiedy pan z uśmiechem na ustach pokazał wyciągniętą
ręką na przeciwną stronę rozpościerającej się przed nami dolinki.
- O, tam! Tam jest ten dom, do którego Was przywieźliśmy. Spojrzeliśmy.
W połowie wysokości przeciwległego wzgórza, w otoczeniu starego, bezlistnego o
tej porze sadku, stał sobie śmieszny jasny domek, kryty czerwoną dachówką. Jak
na rysunku przedszkolaka. Między nami, a domkiem było pole, lasek, dołem płynął
strumyk, na wzgórzu obok domu był następny lasek, widać też było dachy
zabudowań gospodarczych, w tym ogromnej stodoły. Agent już zaczął opowiadać, a
ja nawet go nie słyszałam, patrząc przed siebie, jak zahipnotyzowana. Widziałam
przed sobą dokładnie to, o czym marzyliśmy od lat, co śniło mi się po nocach,
czego pragnęła moja dusza. Potem spojrzałam na młodego i kiwnęliśmy do siebie
głowami.
- Bierzemy! - powiedziałam stanowczo.
- Słucham? - zapytał z niedowierzaniem agent - przecież nic jeszcze
państwo nie wiedzą, a tu droga dopiero będzie i jest szereg spraw, o których
chciałbym opowiedzieć, no i trzeba tam pójść, właściciele czekają na nas.
-Tak, oczywiście, ale rozumiem, że nie ma przeszkód do zakupu tej
nieruchomości?
- No oczywiście, że nie, przecież inaczej bym jej państwu nie
prezentował.
- W takim razie wstępnie informuję Pana, że jesteśmy zainteresowani. A
teraz możemy iść oglądać.
I tak to się właśnie zaczęło.