środa, 22 lutego 2017

Raptem rok temu

"Wybij to sobie z głowy!" - usłyszał mój śp. tato, kiedy wróciliśmy oboje z badań terenowych na obszarze Bolimowskiego Parku Krajobrazowego, gdzie w tamtych czasach, czyli w połowie lat 90, można było za psi grosz kupić spory kawał ziemi z domem, sadem, a nawet kawałkiem lasu. Byłam już wtedy starą babą, z dwójką dzieci, po rozwodzie, pracowałam dorywczo, czasem pomagając ojcu w prowadzonych przez niego badaniach socjologicznych. Oboje mieliśmy serdecznie dosyć życia w Warszawie. Moi rodzice byli w wieku emerytalnym, z tym że ojciec był aktywny naukowo i dydaktycznie. Te zajęcia jednak wymagały obecności w mieście najwyżej raz czy dwa w tygodniu. Ja mogłam sobie śmiało wyobrazić, że swoje życie układam tak, by do jakiegokolwiek miasta dojeżdżam w miarę potrzeb, mimo tego, że internet w Polsce dopiero raczkował, a i telefony komórkowe były rzadkością. Mimo to byliśmy gotowi zwinąć manele i natychmiast osiedlić się w tych pięknych, czystych jeszcze, leśno-polnych okolicach. Mama jednak myślała z przerażeniem o urokach wiejskiego życia, wskazując rozpaczliwie na warunki życia, dojazdu gdziekolwiek, zakupu żywności, ogrzewania domu, odległości od lekarza (przecież ja jestem chora!), dziurawych rynien, cieknących dachów i zapchanych kominów. W jej oczach świat wsi był groźny i nieobliczalny. W końcu całe swoje życie przeżyła w Warszawie, wieś odwiedzając przelotnie podczas wakacji, w charakterze turysty co najwyżej. To trochę dziwne, zważywszy, że była lekarzem weterynarii. Tak się jednak złożyło, że poza krótkim okresem pracy w okolicach Grójca, całe swoje zawodowe życie spędziła za biurkiem, w inspektoratach, departamentach i innych instytucjach tego rodzaju, gdzie słowo "krowa" pojawiało się jedynie jako rubryka w statystykach.
Mając na uwadze jej faktycznie pogarszający się stan zdrowia i zacięty upór, musieliśmy się z ojcem pogodzić z jej wolą. Dla mnie był to na długo koniec marzeń o wsi w ogóle, bo jak samotna matka z dwójką dzieci, nie robiąca aktualnie kariery finansowej, nie posiadająca nawet własnego mieszkania mogłaby marzyć o kupieniu jakiejkolwiek nieruchomości, choćby w cenie działki pracowniczej? No, może nie do końca tak było. Był jeszcze stary dom moich dziadków, w małym miasteczku w Łódzkiem i kawałek ogrodu przy domu, gdzie zawsze można było pojechać na wakacje, czy choćby wyskoczyć na weekend, podłubać w ziemi, połazić po lasach... Ten skrawek świata przekształcał się jednak w prężne zaplecze wielkiej kopalni węgla brunatnego i powiązanej z nią elektrowni. Na dawnych polach uprawnych wokół miasteczka wyrastały dzielnice domków jednorodzinnych pracowników tych instytucji, ziemia była zdegradowana z powodu opadania wód gruntowych, a powietrze... No cóż, od dawna nie było najświeższe.
Mijały lata. Dzieci rosły, rodzice się starzeli, a ja, rozpaczliwie miotając się między domem, kolejnymi posadami, rozmaitymi nieprzewidzianymi okolicznościami, które raz po raz komplikowały i tak piekielnie skomplikowane życie, trwałam w Warszawie. Moi synowie wprawdzie wyjeżdżali na wakacje, częściowo dzięki rozmaitym skomplikowanym zabiegom w rodzaju zatrudniania się ich matki jako pomocy w rozmaitych pensjonatach i gospodarstwach agroturystycznych, a częściowo dzięki szczodrobliwości dziadków, ale wizja wiejskiego życia, prowadzenia gospodarstwa, uprawiania ziół, posiadania sadu, hodowli pszczół, czy choćby paru kur - powoli odpływała w coraz dalszą, bliżej nieokreśloną przyszłość. I pewnie tak by to trwało dalej, gdybym pewnego pięknego dnia nie spojrzała na to, co robię i jak żyję, z całkiem nowej perspektywy. Miałam dość.

Miałam dość zatrudniania się w coraz to innych firmach, na coraz bardziej upokarzających warunkach. Miałam dość prowadzenia wymuszonej działalności gospodarczej, z której dochód z najwyższym trudem wystarczał na pokrycie kosztów tejże działalności i - ewentualnie - na przeżycie. Miałam dość miejsca, w którym żyłam, gdzie w ciągu ostatnich lat zaniedbany park zamienił się w plątaninę betonowych alejek, a dookoła niego przybyły trzy szerokopasmowe ulice z funkcją dróg ekspresowych. Miałam wreszcie szczerze i serdecznie dosyć miejsca, w którym pochowałam moich rodziców. Nie chciałam dłużej żyć, pracować w tych samych koleinach, wpadać w te same kałuże i słuchać tych samych na okrągło kłótni sąsiadów za ścianą. Od kilku lat coraz głębiej wsiąkałam w równoległą rzeczywistość, w której rządzili ogrodnicy, zielarze, pszczelarze, rolnicy, budowniczowie, cieśle. W miarę rozwoju internetu wiadomości w nim przybywało, wystarczyło tylko umieć szukać. Zaczęłam od zdobycia zasadniczego wykształcenia rolniczego, myśląc sobie, że niezależnie od tego, co się stanie, przyda mi się zarówno ta wiedza, jak i potwierdzający ją dokument. Wróciłam do młodzieńczej fascynacji światem ziół, drzew, roślin leczniczych. Sprawę ułatwiał fakt, że podobnymi drogami podążały myśli mojego starszego syna. Zbieraliśmy wiedzę, uczyliśmy się rzeczy zwykle niepotrzebnych mieszczuchowi, jednak na wsi absolutnie niezbędnych do życia. Wreszcie zaczęliśmy szukać miejsca. Ponieważ chodziło o miejsce, w którym da się uprawiać ziemię, a jednocześnie blisko jest w ukochane Bieszczady i Beskid Niski - szukaliśmy na całym podkarpackim pogórzu. Im dłużej oglądaliśmy wystawione na sprzedaż nieruchomości, im więcej odwiedziliśmy gospodarstw wskazanych przez okolicznych sołtysów, sąsiadów, znajomych, krewnych i znajomych królika - tym dokładniej wiedzieliśmy czego chcemy i - czego zdecydowanie nie chcemy. A zamarzył nam się nieomal kawałek raju. Kawałek ziemi, który w razie potrzeby, dobrze traktowany i rozsądnie uprawiany, zgodnie z zasadami permakultury, wyżywi zdrowym jadłem kilkuosobową rodzinę, jaką byliśmy. Konieczna wydawała się pewna odległość od zwartej, wiejskiej zabudowy (bo pszczoły i potrzeba ciszy),  bliskość lasu, własna woda ze studni (najlepiej doprowadzona do domu pod własnym ciśnieniem)...Robiło się coraz trudniej. W związku ze stopniem skomplikowania kwestii pozwoleń na budowę w grę wchodziło w zasadzie całe gospodarstwo, a przynajmniej ziemia z czymś, co stało w rejestrze budynków jako "budynek mieszkalny" i faktycznie na początek nadawało się do przemieszkania nawet paru lat, zanim będziemy mogli pomyśleć o pięknym, naturalnym, najlepiej gliniano-słomianym, albo drewnianym, zdrowym domu. Dość dużym, żeby spokojnie mieszkało w nim stare pokolenie (ja z ciotką) i młode (starszy syn ze swoją partnerką). Młodszy zapowiedział, że on nas chętnie odwiedzi, na wakacje przyjedzie, ale że swoje dorosłe, zawodowe życie widzi jednak raczej w mieście, wśród swoich przyjaciół, w świecie, w którym czuje się dobrze i nie ma zamiaru go opuszczać. Przyjęliśmy tę decyzję ze spokojem, obiecując sobie nawzajem, że mimo odległości będziemy się wspierać i wyruszyliśmy w kolejną podróż, nagleni wizją zmian prawnych, które miały w konsekwencji pozbawić marzeń nas i wielu innych, takich jak my, szaleńców.

Powoli traciliśmy nadzieję, kiedy w styczniu ubiegłego roku zadzwoniła do mnie pani z małego, lokalnego biura nieruchomości z informacją, że "chyba ma coś dla mnie". Żeby nie było tak, że jadę 350 km tylko po to, by obejrzeć jedną nieruchomość, zebrałam pośpiesznie kilka internetowych ofert z najbliższej okolicy. Nie były na pierwszy rzut oka zbyt interesujące, ale dobrze było mieć coś w zanadrzu, coś, od czego można by chociaż zacząć rozmowę. Takich wypraw mieliśmy za sobą już kilkanaście, doświadczenie mówiło, że jazda po to tylko, żeby po pięciu minutach wiedzieć na pewno, że nie tego szukamy, nie ma najmniejszego sensu. Jednak jechaliśmy oczywiście z nadzieją. Państwo prowadzący tę maleńką agencję czekali na nas w biurze. Pojechaliśmy w dwa samochody - oni jednym, ja z synem i z moim przyjacielem, który przemierzył z nami tę trasę, bo postanowił nas wspierać, a w razie czego z głowy wybijać głupoty - w drugim. Droga, boczna, choć asfaltowa, ale bez poboczy, wiła się między wzgórzami. W pewnym momencie samochód przed nami zatrzymał się koło jakiegoś gospodarstwa. Agenci opowiadali o nieruchomości, o domu, o ziemi, która go otacza, a my patrzyliśmy po sobie zawiedzeni - to zdecydowanie nie było to! Ani to na uboczu, ani pod lasem, ani ziemia zdatna do uprawy, bo spadek na północny wschód rzędu 17 stopni sugerował co najwyżej pastwisko dla chudej kozy... W końcu westchnęłam i powiedziałam - No cóż, przykro mi, ale zupełnie o coś innego nam chodziło i sądziliśmy, że Państwo poznali nas już na tyle, by wiedzieć, że to nie to.
- Tak myślałem, ale pomyślałem sobie, że mimo wszystko pokażę Państwu tę nieruchomość, bo to w tej samej wsi, w której mieści się gospodarstwo, do którego jedziemy - powiedział z uśmiechem agent. Odetchnęłam. Wsiedliśmy w samochody i pojechaliśmy coraz bardziej krętą drogą dalej. Zaliczyliśmy zdradliwą serpentynkę, która lekko zaniepokoiła mojego przyjaciela:
- No, nie wiem jak Ty sobie wyobrażasz życie tutaj bez terenówki.
- Nie wyobrażam sobie - przyznałam szczerze.
Z dość wąskiej drogi bez poboczy, za to z hałdami burego śniegu w rowach, skręciliśmy na jeszcze węższy pasek asfaltu, na którym na oko mieścił się na szerokość co najwyżej jeden samochód. Pojechaliśmy dalej jakieś pół kilometra, wyjechaliśmy na szczyt pagórka, po czym samochód naszych przewodników zajechał na żwirowany podjazd koło jakiegoś domu. Syn jęknął boleśnie -
- Rany, czy oni nic nie rozumieją?
Wyglądało na to , że miał rację. Staliśmy obok betonowego klocka przykrytego czerwonym, dwuspadowym, blaszanym dachem. Dom wyglądał na całkiem nowy, dookoła ktoś całkiem niedawno posadził małe tuje. Szczyt marzeń niejednego mieszczucha, ale nie o to nam chodziło! Brrr! W dodatku z całą pewnością coś takiego przekraczało nasz budżet. Jednak wysiedliśmy z samochodu i już mieliśmy coś powiedzieć, kiedy pan z uśmiechem na ustach pokazał wyciągniętą ręką na przeciwną stronę rozpościerającej się przed nami dolinki.
- O, tam! Tam jest ten dom, do którego Was przywieźliśmy. Spojrzeliśmy. W połowie wysokości przeciwległego wzgórza, w otoczeniu starego, bezlistnego o tej porze sadku, stał sobie śmieszny jasny domek, kryty czerwoną dachówką. Jak na rysunku przedszkolaka. Między nami, a domkiem było pole, lasek, dołem płynął strumyk, na wzgórzu obok domu był następny lasek, widać też było dachy zabudowań gospodarczych, w tym ogromnej stodoły. Agent już zaczął opowiadać, a ja nawet go nie słyszałam, patrząc przed siebie, jak zahipnotyzowana. Widziałam przed sobą dokładnie to, o czym marzyliśmy od lat, co śniło mi się po nocach, czego pragnęła moja dusza. Potem spojrzałam na młodego i kiwnęliśmy do siebie głowami.
- Bierzemy! - powiedziałam stanowczo.
- Słucham? - zapytał z niedowierzaniem agent - przecież nic jeszcze państwo nie wiedzą, a tu droga dopiero będzie i jest szereg spraw, o których chciałbym opowiedzieć, no i trzeba tam pójść, właściciele czekają na nas.
-Tak, oczywiście, ale rozumiem, że nie ma przeszkód do zakupu tej nieruchomości?
- No oczywiście, że nie, przecież inaczej bym jej państwu nie prezentował.
- W takim razie wstępnie informuję Pana, że jesteśmy zainteresowani. A teraz możemy iść oglądać.

I tak to się właśnie zaczęło.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz